W czwartek 8 października odbyło się w Falansterze spotkanie wokół książki “Z Tango jest nas troje”. Książeczka traktuje o homoseksualnej męskiej parze, która, jako że z samej natury nie potrafi sobie zapewnić jaja do wysiadywania zaczyna wysiadywać kamień, koniec jednak jest taki, że ktoś litościwy kamień podmienia w jajo i wykluwa się Tango, ukochana, córeczka, pingwiniątko. Słodka amerykańska bajka o miłości. Rzecz która zginęłaby w tłumie dziecięcych bajek niezauważenie gdyby nie ta nieszczęsna homoseksualność i kontrowersyjny przypadek rodzinny – właściwie gdyby nie kontrowersyjny potencjał społeczeństw, dość szczególnie społeczeństwa polskiego.
Nikt na szczęście szyb w Falansterze nie tłukł, ale już gdyby tłukł, to czy ktoś zdziwiłby się? Oburzenie, owszem, jako narzędzie pewnego no nazwijmy to samostanowienia uspołecznionego, zaangażowania w kierunku słuszności zainstalowania siebie w pokojowym społeczeństwie… no jakoś tak… oburzenie widzę świętym i wielkim, choć gdzieś głębiej takie szyb wybijanie widzę bardziej komedią, czyjąś wewnętrzną niepogodzenia tragedią, tłukącą szyby tragedią, która na zewnątrz wygląda na komedię, póki krew komuś z głowy nie popłynie, wtedy robi się boleśnie i mniej śmiesznie. Ale zdziwienia przecież by nie było!
Być może właśnie dlatego, błaha bajka o miłości, o rodzinie, o marzeniu takim rodzinnym takim bajkowo-hollywoodzko-państwowym, być może ten banał powszechny, być może marzenie wręcz grupy ludzi zepchniętych na margines o pełnym uczestniczeniu w całym tym ludzkim banale – to być może właśnie generuje takie zainteresowanie.
Takim to sposobem bajeczka (wyrysowana prostą kreską, skreślona kilkoma zdaniami, podobnież autentyczna historia z nowojorskiego ogrodu zoologicznego), którą mało kto nawet doczytał do końca, generuje lawinę dyskusji, na które ludzie przybywają tłumami – trochę tak jakby w poszukiwaniu cienia na pustyni ktoś przybiegł z radosną wieścią, że z ziemi wylazła stokrotka – wielka nadzieja na cień. W całym bagnie nietolerancji, perspektywie pracy na rzecz tolerancji, która pewnie rozciągnie się na dziesiątki lat (i nie wiadomo czy odniesie ostateczny skutek) – to pojawia się taka stokrotka dająca nadzieję na wielkie drzewo rzucające wielki cień. Nie daje najmniejszej satysfakcji – przecież ani treść, ani rysunki ani nawet sama historia – ale właśnie to, że sankcjonuje się literacko, i to od samych podstaw, coś, co do tej pory tylko dla naprawdę nielicznych było jedną z wielu “normalności”.
Ciekawe wydają się pojawiające się wątki poboczne – tak jakby książeczka o gejowskich pingwinach nie tyle akceptacji “gejostwa” uczyła co w głębsze ludzkie struny uderzała.
Seksualność dzieci. Podobnież przy lekturze książeczki dzieci bywały raczej znudzone. Seks mamy i taty mało ich interesuje – taki sam nikły poziom dziecięcej uwagi dotyczył będzie seksu taty i taty (mamy i mamy) – nie seks prokreacyjny, trywialny kopulacyjny, zbrukany finiszem – nie ten seks, ale seks tkwiący w ciele jako tajemne, trochę misteryjne przygotowanie do tej trywialności, jako nieokiełznana i niezrozumiała substancja w ciele, która póki nie zacznie płodzić eksploduje w tajemniczej wędrówce przez własne i cudze ludzkie ciało i uczucie, gdzie niezbyt istotna jest płeć, gdzie nie aż tak istotne są genitalia. Taka seksualna poczekalnia dziecięcego ciała – totalna otwartość na “dewiację”, totalna przygoda bez finiszu… trudne to do uchwycenia, jednak zawstydzającym jest chyba fakt, że tak świeże i pełne wyrozumiałości istoty jakimi są dzieci (wcale nie mówię że są takie cudowne i dobre – mówię tu raczej właśnie o edukacji i wychowywaniu) przez własnych rodziców, od samego zarania zamykane są w getcie klaustrofobicznej mentalności ludzi dorosłych. Brrr… Pełen przeczucia przykład “bezstresowej i wolnej miłości” podała Olga Tokarczuk, jedna z osób zaproszonych do dyskusji, która roztoczyła wizję znacznie mądrzejszej, wyedukowanej ludzkości żyjącej 150 lat po nas, dla której problem akceptacji homoseksualistów już dawno odszedł do historii a do historii również na oczach wszystkich odchodzi brak akceptacji dla rodziny tak specyficznej jaką byłaby kobieta z jej trzynastoma kotami (piętnowana obecnie jako dziwaczka i dewiantka). Owszem, wciąż jesteśmy tu w jakimś mało przyjaznym kotle rodzinności – czy to z mamą i tatą i dziećmi, czy z dwoma ojcami i dzieckiem czy z kobietą i kotami, zawsze to dążenie do rodzinności dominuje nad czynami i wyborami, gdzieś po drodze przystajemy i fiksujemy tę naszą rzeczywistość erotyczno-ideologiczną… rozwiązanie tej drażliwej kwestii to być może sprawa jeszcze kolejnych tysiącleci, póki co mamy te wszystkie dziwactwa, te wszystkie możliwe konfiguracje bliskości zafiksowane w rodzinę, i załóżmy że się nam to udaje, że nietolerancja nie istnieje, że pozwalamy własnym dzieciom na własną podróż przez ciała i doznania ciał, że bez wstydu podglądamy te wszystkie seksualne fantazmaty dziecięcych ciało-główek… w końcu nie wiemy gdzie to siedzi w tak “niegotowym” człowieku… tak, taka bajeczka, takie poruszenie z powodu banalnej książeczki przy ogólnym braku zainteresowania ze strony głównego adresata – społeczności dziecięcej, jaki to karykaturalny i zabawny obraz społeczności dorosłej rysuje, w jaką to diablo ślepą uliczkę zabrnęliśmy my dorośli skoro ekscytujemy się taką mało inspirującą nudą… pouczające, może to jednak bajka dla dorosłych, dla tych mniej otwartych na świat niż dzieci, dla tych mniej niż dzieci spostrzegawczych, dla tych mniej niż dzieci obytych z zasadą inności i obcości. Może właśnie banał tej książeczki odpowiada banalnemu poziomowi egzystencji naszej codziennej.




